że brakło czasu na
wszystko. Szybkie śniadanie
ręką prawą, po połknięciu
ostatniego gryza zmiana zawartości
dłoni na szczoteczkę do zębów, w prawej grzebień. Szczotkę zastępuje
kubek, grzebień ręcznik. Szybko wskakuje w
spodnie i t-shirt, z zestawem tym wystąpią trampki. W takim orężu
staję gotowy na podbój świata. Wybiegam na ulicę, motorniczy otworzył zamknięte już drzwi. Litościwy, ludzki -
wiedział że jestem spóźniony. Tramwajowy ścisk,
obserwacja gąb. Wyraz wszystkich twarzy zdaje
się wyrażać myśl „znowu to samo”. Oczy wbite w widok
przesuwający się za oknem, "nibyciekawość", bo miasto od wczoraj
nie zmieniło się wcale. Wysiadka, wbiegam
do budynku, tam mieści się firma. Osiem godzin
powtarzalnych czynności, szefowie „po
znajomości” i setki
symulujących zaangażowanie pracowników słyszących przez
pół życia „ ucz się a do czegoś dojdziesz”. Uczyli się i…. spędzają życie z
kartką i ołówkiem dokonując ciągłego wyboru pomiędzy tym co
konieczne, tym co chcieliby, a tym na co wystarcza. Wśród nich ja. Przyklejony
uśmiech, udawana życzliwość i troska o klienta, korporacyjny
bełkot i socjotechnika. 8 godzin minęło,
cel kwartalny już blisko. Podążam z
powrotem, tramwaj, a potem sklep o
nazwie wdzięcznego owada. A co! Stać mnie
dziś na orange juce i czosnkową bagietę. Dom, prysznic,
wykąpany leżę. Silę się na garść
wieczornych przemyśleń, ale nic ciekawego
nie przychodzi mi do głowy. Jutro znów
poranne „5 minutek" - każdej mrówie
się przecież należy, nawet robotnicy,
Choć wolałbym być
wojownikiem...


Brak komentarzy
Prześlij komentarz