wtorek, 5 lipca 2016

"Z życia mrówki"

 
Obudziłem się, standardowe 5 minutek jak zwykle spowodowało,
że brakło czasu na wszystko. Szybkie śniadanie ręką prawą, po połknięciu ostatniego gryza zmiana zawartości dłoni na szczoteczkę do zębów, w prawej grzebień. Szczotkę zastępuje kubek, grzebień ręcznik.  Szybko wskakuje w spodnie i t-shirt, z zestawem tym wystąpią trampki. W takim orężu staję gotowy na podbój świata. Wybiegam na ulicę, motorniczy otworzył zamknięte już drzwi. Litościwy, ludzki - wiedział że jestem spóźniony. Tramwajowy ścisk, obserwacja gąb. Wyraz wszystkich twarzy zdaje się wyrażać myśl „znowu to samo”. Oczy wbite w widok przesuwający się za oknem, "nibyciekawość", bo miasto od wczoraj nie zmieniło się wcale. Wysiadka, wbiegam do budynku, tam mieści się firma. Osiem godzin powtarzalnych czynności, szefowie „po znajomości” i setki symulujących zaangażowanie pracowników słyszących przez pół życia „ ucz się a do czegoś dojdziesz”. Uczyli się i…. spędzają życie z kartką i ołówkiem dokonując ciągłego wyboru pomiędzy tym co konieczne, tym co chcieliby, a tym na co wystarcza. Wśród nich ja. Przyklejony uśmiech, udawana życzliwość i troska o klienta, korporacyjny bełkot i socjotechnika. 8 godzin minęło, cel kwartalny już blisko. Podążam z powrotem, tramwaj, a potem sklep o nazwie wdzięcznego owada. A co! Stać mnie dziś na orange juce i czosnkową bagietę. Dom, prysznic, wykąpany leżę. Silę się na garść wieczornych przemyśleń, ale nic ciekawego nie przychodzi mi do głowy. Jutro znów poranne „5 minutek" - każdej mrówie się przecież należy, nawet robotnicy,
Choć wolałbym być wojownikiem...




Brak komentarzy

Prześlij komentarz


TOP